W czasie śpiewu poświęca się krzyż i ustawia na grobie, prosząc, aby „ciało pod nim (krzyżem) złożone Bóg wskrzesił do życia w chwale”. Tradycyjnie uczestnicy pogrzebu starają się rzucić trzykrotnie grudkę ziemi na trumnę do grobu. Widzi się w tym spełnienie uczynku miłosierdzia co do ciała, tzn. umarłych grzebać. Poznaj 10 zakładów pogrzebowych w lokalizacji Zgórsko • Skorzystaj z usługi: Ceremonie pogrzebowe • Usługi pogrzebowe w okolicy ☎ Telefony, ceny • pkt.pl. o mnie. Nazywam się Władysław Pacholski, jestem Mistrzem Ceremonii Pogrzebowych.W tych kilku zdaniach chciałbym przedstawić Państwu swoją osobę i zarysować charakterystykę mojej pracy. W branży pogrzebowej pracuję od 1992 roku. Pracę związaną ze sprawnym organizowaniem i nadzorem nad przebiegiem ceremonii pogrzebowych Często, gdy jest skutkiem wypadku lub nagłego zachorowania, zaskakuje tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie racjonalnie myśleć i sprawnie działać. Organizacja pochówku wymaga jednak znacznej sprawności, więc warto zwrócić się o pomoc do firmy świadczącej usługi pogrzebowe – np. firmy Kamińscy (więcej informacji tutaj). Jest . To, że nekropolia ta nie podzieliła losu wielu startych z powierzchni ziemi cmentarzy polskich na Kresach, jest zasługą wielu osób i instytucji polskich, Grażyny Orłowskiej-Sondej z ośrodka Telewizji Polskiej we Wrocławiu, będącej inicjatorką wielkiej akcji pod nazwą "Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia", w którą udało się jej zaangażować setki nauczycieli i młodzieży szkolnej. Cmentarz w Kołomyi był jedną z nekropolii objętych tą akcją. Cmentarz odbudowywano przy poważnym wsparciu Towarzystwa Miłośników Kołomyi "Pokucie", któremu przewodzili Danuta Krupska i dr Zbigniew Berling. Przez lata organizowano zbiórki pieniędzy na remont tej nekropolii i przekazywano ks. Alfonsowi Górowskiemu - proboszczowi w Kołomyi, który doprowadził do odbudowy ogrodzenia cmentarnego. Akcję tę wsparli parlamentarzyści polscy, posłowie Tadeusz Samborski i wicepremier Andrzej Lepper (1954-2011) - rodzinnie związani z Kresami. Swój udział w ratowaniu tej nekropolii mają również księża, nauczyciele i uczniowie szkół śląskich z Wołczyna, Ziębic, Dzierżoniowa i Kluczborka oraz prywatni darczyńcy, Bożena i Jerzy Grabowscy, Maria Dytko, Mieczysław Gaweł - z Wrocławia; Jadwiga Tarkowska - z Oławy; Czesława i Mieczysław Wierzbiccy - z Wołczyna. Na początku XXI wieku ufundowano nową kutą bramę z rzeźbą orła polskiego i odnowiono kilka pomników pomnikiem na tej nekropolii jest potężny, piętrowy grobowiec poświęcony legionistom. Wzniesiono go w 1922 roku według projektu Stanisława Daczyńskiego. Pod stożkową płytą dachową, zwieńczoną rzeźbą wielkiego orła siedzącego na skale, umieszczono płaskorzeźby jeźdźców na koniach. W II Rzeczypospolitej pomnik ten był wyjątkowo czczony. W 1946 roku, w czasach sowieckich, został odarty z marmurowych płyt z nazwiskami ofiar. W 1995 roku został poddany konserwacji przez zespół Janusza Smazy z warszawskiej ASP. Na cmentarzu tym znajduje się również duży monument poświęcony ofiarom zbrodni pod kołomyjską wsią Kosaczów, dziś dzielnicą Kołomyi. Wzniesiono go, aby uczcić pamięć zmarłych w wyniku głodu, chorób i zimna, internowanych w czasie wojny polsko-ukraińskiej w pierwszej połowie 1919 roku. Rząd Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej polecił wówczas aresztować i internować przedstawicieli inteligencji polskiej, głównie nauczycieli, działaczy samorządowych, prawników i rodziny polskich oficerów. Przetrzymywano ich w obozie pod Kosaczowem w nieludzkich warunkach, a po wybuchu tam epidemii tyfusu i czerwonki internowani marli setkami, nie otrzymując żadnej pomocy lekarskiej. W sumie zmarło tam ponad tysiąc osób. Centralnym znakiem tego monumentu jest krzyż z łańcuchem zawieszonym na jego ramionach i tabliczką: Ofiarom Kosaczowa - cmentarzu w Kołomyi zachował się nagrobek Jana Szymeczki (1842-1933) - właściciela kołomyjskiej piekarni: na porcelanowej, rozbitej fotografii można jeszcze dostrzec rysy twarzy powstańca w czapce żołnierskiej, bo ten późniejszy, znany z wypieków smacznego pieczywa rzemieślnik, w młodości brał udział w powstaniu styczniowym, a rodzina jego uważała to za szczególny powód do chwały. W pamiętniku kołomyjanki Krystyny Greniuch (1921-1997) - po wojnie mieszkanki Lewina Brzeskiego i dyrektorki przedszkola wojskowego w Brzegu, córki kołomyjskiego kolejarza Tadeusza Greniucha (1894-1923), legionisty i obrońcy Lwowa, natrafiłem na zapis: W Kołomyi było dwóch powstańców styczniowych. Znałam ich, bo mieszkali niedaleko, koło nas. Jeden nazywał się Szymeczko i prowadził piekarnię - bardzo dobre było u niego pieczywo. Drugi nazywał się Poldek Ciesielski. Mieszkał przy ulicy Sienkiewicza w małym dworku koło "parku studenckiego" nad Prutem. Co rok 11 listopada wieczorem przychodziła orkiestra wojskowa i grała im pod oknem swoje pieśni. Był to wzruszający moment, a staruszkowie mieli łzy w Szymeczko zmarł w wieku 91 lat. Jego córka, Anna, wyszła za mąż za Józefa Wójcika z Jasła i związek ten, w którym urodziło się ośmioro dzieci, dał początek bardzo patriotycznej rodzinie Wójcików. Urodzony w Kołomyi w 1929 roku Zbigniew Wójcik - z zawodu leśnik, był po osiedleniu się na Śląsku długoletnim kierownikiem administracyjnym Biura Urządzania Lasów i Geodezji Leśnej w Brzegu. Jego syn, Janusz Wójcik (rocznik 1960) - poeta, animator kultury na Śląsku Opolskim, autor wierszy o ziemi przodków, jest od kilkunastu lat głównym organizatorem festiwali poezji w Zamku Piastów Śląskich w Brzegu, znanych pod nazwą "Najazd Poetów na Zamek", w których oprócz Polaków biorą udział poeci z Litwy, Ukrainy, Białorusi, Czech, Moraw, Węgier i Słowacji. Część kołomyjskiej rodziny Wójcików osiadła w Prudniku oraz w Szczecinie. Jest też pomnik Józefa Stadniczenki, który zginął śmiercią lotnika zestrzelony nad Kołomyją w czasie I wojny światowej. Do krzyża na jego mogile przybito śmigło samolotowe. Stadniczenkowie to stara rodzina kołomyjska, której przedstawiciele po II wojnie światowej osiedli na Śląsku. Franciszek Stadniczenko (1908-1999) - ekonomista, syn oficera i właściciela stadniny koni w Kołomyi - i jego żona, Helena z Błońskich (1911-1992) - prawniczka po Uniwersytecie Jana Kazimierza - zmarli w Oleśnicy. Ich syn, prof. Leszek Stadniczenko (rocznik 1947), prawnik, był współtwórcą Wydziału Prawa na Uniwersytecie Opolskim i jego pierwszym złym stanie zachowało się miejsce ostatniego spoczynku Kornela Skoreckiego (1885-1943) - wysokiego urzędnika pocztowego, prezesa Związku Pocztowców Rzeczypospolitej Polskiej w Kołomyi. Był postacią popularną i lubianą, co zawdzięczał głównie swej żonie, z pochodzenia Czeszce, Herminie z domu Pawlistik (1895-1984), która prowadziła dom otwarty. Na przyjęcia do Skoreckich przychodzili burmistrz Kołomyi Józef Sanojca - poseł na Sejm, jego zastępca Karol Mahr i Stanisław Boroń - dyrektor najbardziej renomowanego w mieście gimnazjum. Po wojnie Hermina z synami Janem i Karolem osiadła w Gryficach na Pomorzu. Jan Skorecki (1922-1985) był oficerem LWP, a gdy popadł w niełaskę polityczną, trafił, jak jego ojciec, na pocztę, ale w Karol Skorecki (1933-2012), od młodości zapalony harcerz, zapisał piękną kartę w dziejach powojennych Gryfic. Z wykształcenia fizyk, przez pół wieku pracował w tamtejszych szkołach, będąc długoletnim dyrektorem Zespołu Szkół Budowlanych. Uczył młodzież miłości do harcerstwa i odpowiedzialności za słowo. Jego mottem życiowym było powiedzonko, które często przywoływał: "Odpoczywaj na piasku, a buduj na skale". Był pomysłodawcą kształtu herbu Gryfic i autorem wzruszającej książeczki "Moja Kołomyja" (Gryfice 2009), bogato ilustrowanej zdjęciami z kołomyjskiego albumu rodzinnego i pełnej nostalgii za miastem, z którego czuł się wygnany. Gdy mógł, do ostatnich swych dni odwiedzał Kołomyję i rozdawał przyjaciołom swą książeczkę o tym mieście. Spoczywa na cmentarzu w cmentarzu kołomyjskim spoczywa również Wacław Jakub Jeziorko (1859-1935) - malarz, autor polichromii w kościołach: jezuitów i ewangelickim w Kołomyi oraz w kościele w Kutach, a także w licznych kaplicach w okolicach Kołomyi. Lubin Biskupski - kołomyjski WokulskiNa cmentarzu w Kołomyi zachował się nagrobek Lubina Śreniawy-Biskupskiego (1840-1916) - jednej z najważniejszych postaci w dziejach przemysłu galicyjskiego, właściciela Fabryki Maszyn i Urządzeń Przemysłowych. Lubin Biskupski pochodził z Litwy, gdzie miał duży majątek, ale za udział w powstaniu styczniowym stracił swoje dobra i groził mu Sybir. Uciekł więc z zaboru rosyjskiego i osiadł w Kołomyi, gdzie - dzięki przedsiębiorczości i niezwykłej inteligencji - dorobił się ponownie dużego majątku. Bolesław Prus, który poznał Lubina Biskupskiego w czasie jednego ze swoich pobytów w Nałęczowie, musiał być pod wrażeniem tego spotkania, skoro w swoim "Dzienniku" napisał: Pomysłowy człowiek ten pan Biskupski. Gdyby był w Ameryce, dorobiłby się wielu milionów. Ten zapis dał asumpt, że w Kołomyi mówiło się, iż Lubin Biskupski był jednym z prototypów postaci Stanisława Wokulskiego z powieści "Lalka" Bolesława Biskupskiego, którą po jego śmierci odziedziczyli dwaj jego synowie: Karol (1886-1963) i Bolesław (1888-1970), to legenda Kołomyi - najstarsze i największe przedsiębiorstwo w tym mieście, zatrudniające kilkaset osób. Spadkobiercy okazali się równie zdolnymi przedsiębiorcami jak Lubin Biskupski. Rozbudowali fabrykę. Produkowali młockarnie, sieczkarnie, pompy wodne, magle, młyny wodne, urządzenia wodociągowe i sprzęt wojskowy. Otworzyli odlewnię żeliwa oraz poszerzyli asortyment sprzedawanych towarów o luksusowe samochody marki Ford i Chevrolet, sprowadzane głównie dla bogatych właścicieli szybów naftowych. Przedsiębiorstwo nosiło oficjalną nazwę: Fabryka Maszyn i Odlewnia Bracia Biskupscy SA Kołomyja i mieściło się przy ulicy Jagiellońskiej 121. Fabryka była przez 70 lat w rękach Biskupskich. Została upaństwowiona we wrześniu 1939 roku przez bolszewików i nazwana "Maszynostroitielnyj Zawod im. Towariszcza Nikity Chruszczowa".Zachowały się pamiętniki córki Karola Biskupskiego, Ireny Chmielowiec. Jest tam wstrząsający zapis, w jaki sposób bolszewicy niszczyli rodzinę Biskupskich i ich sławną fabrykę. Warto zacytować fragment tego dziennika. Pod datą 18 września 1939 roku zapisano: Cisza. Nie przed burzą, lecz po niej. Tak samo jak inni Polacy staramy się nie wychodzić z domu. Palimy się ze wstydu za przegraną wojnę z Niemcami. Jeszcze dwa dni temu marszałek Rydz-Śmigły z całym sztabem kwaterował w naszym mieście. Stąd miała się zacząć kontrofensywa. Dziś już wiemy. Cały rząd uciekł do Rumunii. Czujemy się oszukani, wyprowadzeni w pole. Do ostatka wierzyliśmy w naszą mocarstwowość. Jeszcze parę dni temu ulice Kołomyi zawalone były samochodami z numerami rejestracyjnymi ze stolicy. A więc ci, co uciekali z Centralnej Polski. My, jak od wieków, musimy osłaniać całość. Wszystko szło na Kuty, tam zostawiali samochody i w bród, gdzie tylko płytka woda, przez Czeremosz do Rumunii. Moc samochodów leży teraz po rowach, kręcą się przy nich spryciarze. Wszystko się zawaliło, ale są tacy, którzy chcą się dorobić. (...)Ojciec i stryj poszli do fabryki niepewni, co z nimi będzie. Obaj legioniści, synowie powstańca, ani im do głowy nie przyszło uciekać za granicę, chociaż Rumunia tuż za miedzą, a wszystkie przejścia graniczne dobrze nam znane. (...)20 września 1939 roku córka Karola Biskupskiego zapisała w pamiętniku: Przyjechał na rowerze nasz stróż fabryczny Rudolf Tabaczuk. "Panie dyrektorze - powiedział do mego ojca. - W fabryce zawiązał się komitet robotniczy. Chcieli, żebym im oddał klucze do że od nich kluczy nie brałem, więc im ich nie oddam. Wyrzuciłem klucze do wychodka i powiedziałem, niech ich szukają w g..., to dla nich odpowiednie zajęcie. Odchodzę, pojedziemy na wieś, do rodziny żony i tam doczekamy powrotu Polski".Karol Biskupski w swoim pamiętniku procedurę przejęcia fabryki przez bolszewików opisał następująco: Po zajęciu Kołomyi przez bolszewików część robotników fabrycznych, głównie komunistów, jak Baraniuk, Litwińczuk, Czerkas, zażądali kluczy od kasy i wydania im kierownictwa fabryki, co też z bratem Bolkiem zdecydowaliśmy się uczynić, wierząc, że to tylko chwilowe. W końcu września 1939 roku przyszedł do fabryki Moskal, nazwiska nie pamiętam, i ogłosił się dyrektorem. Pochodził z Donbasu. Na zebraniu fabrycznym uchwalono przyjąć mnie jako głównego kierownika technicznego, a Bolka jako komercjalistę. Wzywany byłem kilkakrotnie do starostwa z ich obsadą i tam Żydzi nazywali mnie "krowopijiec" [krwiopijca] publicznie na zebraniu. Przetrzymałem bardzo ciężkie chwile cierpliwie, mozolnie i ciężko pracując we własnej fabryce jako najemnik. (...) Niemcy, koloniści z mojej fabryki, prosili, bym zapisał się jako volksdeutsch i wtedy mógłbym z nimi wyjechać. Odmówiłem stanowczo. Nie miałem zamiaru uciekać za miesięcy później całą rodzinę Biskupskich wywieziono na Sybir, skąd wydostali się dzięki armii Andersa, z którą przeszli cały szlak bojowy. Karol Biskupski osiadł po wojnie w Wielkiej Brytanii, gdzie pracował jako wykładowca w szkole technicznej w Lilford. Zmarł w Londynie. Bolesława Biskupskiego z rodziną losy rzuciły do Brazylii, do miasteczka Belo Horizonte, gdzie stworzył warsztat naprawy maszyn rolniczych i dobrze prosperującą wypożyczalnię dźwigów, i tam w 1970 roku zmarł, a firmę przejął jego syn rodziny Biskupskich mogą stanowić zadziwiającą sagę, która czeka na twórcę o odpowiedniej skali talentu. Podstawowe fakty do tej sagi zgromadziła Bożena Krupska w rocznikach "Gdzie szum Prutu".Na kołomyjskim cmentarzu spotkałem wiele wierszowanych epitafiów, mówiących o bólu po stracie bliskich. Na grobie tragicznie zmarłej w wieku 22 lat Heleny Gruszkowskiej (1889-1911) jej zbolały mąż, urzędnik namiestnictwa, kazał wykuć sentencję:Czym jest życie? Zagadką, światła z śmierć dowodem nas żyjących męczarnią, Ciebie, Helciu, tylko żonie mążDziś na cmentarzach polskich zaniechano tak bardzo częstych niegdyś w naszej tradycji epitafiów wierszowanych. Nie podaje się też na współczesnych pomnikach zawodów i zasług zmarłych. Czy nie warto wrócić do tradycji? Cmentarz jest ciągle otwartą księgą dziejów miasta. Cóż by można było powiedzieć o ludziach pochowanych na cmentarzu w Kołomyi, gdyby rodziny nie umieściły na tablicach nagrobnych informacji o zasługach, profesjach i okolicznościach śmierci CharonW chaszczach cmentarnych w sierpniu 2011 roku natrafiłem na otwarty, sprofanowany grobowiec rodziny Rozalii z Siwińskich (1856-1915) i Józefa Dolińskiego (1855-1921) - właścicieli willi z werandą, dużego ogrodu oraz warsztatu ślusarsko-kowalskiego, których dwaj synowie zapisali piękną kartę w dziejach Kołomyi. Julian Doliński był właścicielem dwupiętrowej kamienicy oraz drukarni wydającej książki i pocztówki patriotyczne, a młodszy, Adam, miał największy w Kołomyi zakład pogrzebowy, przy ulicy Legionów 34. Prowadził też duży sklep z różnymi, często luksusowymi akcesoriami funeralnymi. Dysponował dwoma zdobnymi, z rzeźbami czarnych aniołów, karawanami oraz powozami z zaprzęgiem rasowych koni. Obsługa ubrana była w specjalne żałobne uniformy ze złotymi guzikami na marynarkach i bordowymi lampasami na spodniach. Organizowane przez niego ceremonie pogrzebowe wyróżniały się elegancją i dbałością o majestatyczną formę. Nazywano Dolińskiego "kołomyjskim Charonem", bo nikt tak jak on nie potrafił w zaświaty przewieźć swego klienta. Jego zakład nosił nazwę "Concordia" (czyli zgoda), podobnie jak słynna firma Kurkowskiego we Lwowie, która też weszła do legendy miasta dzięki mistrzostwu w organizowaniu Doliński był bardzo aktywnym społecznikiem, członkiem rady miasta oraz szefem kongregacji kupieckiej. Jego żona, Barbara, która przez lata towarzyszyła mu w prowadzeniu zakładu, zmarła w 1950 roku w Opolu. Przyjechała do bratanicy jej męża Stanisławy Keckowej - matki opolskiej bizneswoman Krystyny Leszczyńskiej. W opolskim domu Leszczyńskich przechowywane są fotografie i dokumenty rodzinne Dolińskich. Syn Adama Dolińskiego, Alfred, ukończył politechnikę w Gliwicach i odbudowywał przemysł na Śląsku. Kolejne pokolenie Dolińskich po studiach chemicznych trafiło do Płocka. Tak układa się pokrótce rys diaspory jednej z kołomyjskich rodzin, w tym wypadku rodziny "kołomyjskiego Charona".

ceremonie pogrzebowe w niemczech